sobota, 20 stycznia 2018

Filip Springer - Wanna z kolumnadą

No wreszcie coś, co mnie w stu procentach zadowoliło.
Kiedyś czytałam "Miedziankę" i nie podobała mi się... ale gdy miałam bratu dać znać, co chcę pod choinkę i przeglądałam dział reportaży na Bonito, rzucił mi się w oczy ten Springer i zaciekawiła mnie tematyka.
Nie było ruskich, to niech będzie Polska :)


Szczerze mówiąc, nie zwróciłam uwagi na datę wydania i gdy z tych trzech Springerów pod choinką wybrałam na początek "Wannę..."
to dlatego, że była najcieńsza (taki ze mnie czytelnik ostatnio, unikam jak ognia grubych). A tymczasem okazała się też najstarsza, dwie pozostałe są z 2016 i 2017 roku. Czyli idę chronologicznie :)
Co mogłoby sugerować, że będę się przyglądać również warsztatowi reportera, jak się zmienia, jak dojrzewa... ale gdzie ja się tam warsztatom przyglądam, ledwo co załapię z treści. Ja prosta dziołcha jestem.


Książka mnie do tego stopnia zafascynowała, że łyknęłam ją w jeden dzień praktycznie (fakt, była niedziela, mogłam poświęcić więcej czasu na czytanie).
To jest temat, który dotyczy nas wszystkich, czy tego chcemy czy nie. Przestrzeń publiczna.
A konkretnie jej degradacja.
To szyldy i reklamy walące po oczach.
To zamknięte osiedla.
To zanikające rzeki i rzeczki.
To pasteloza osiedlowa i jej decydenci (panie z biura, bo "one się znają na kolorach").
To zamki i pałace rokokoko - jest zamówienie społeczne.
To wielkie banery powieszone na budynkach - przepisy mówią, że jest to możliwe jedynie wtedy, gdy budynek jest w remoncie. Ha ha ha.



I czytam, czytam... i zaczynam myśleć, że trzeba to dokumentować. Że zamiast fotografować Wawel (no dobrze, nie zamiast, tylko też) trzeba robić zdjęcia ulic i osiedli, zapaskudzonych tym dzikim kapitalizmem, kiedy wszystko wolno. A raczej - kiedy pieniądz wszystko może.
Jak z tymi szmatami na domach, gdzie mandaty czy grzywny maja się nijak do zysków ciągniętych z reklamy przez właścicieli.
I co?
Choćby Kraków.
Mamy park kulturowy.
Ale im dalej od centrum, tym większy koszmar.
Taka Polska powiatowa.

Najważniejszy jest ZYSK.
Jesteśmy ciągle na pierwszym etapie cywilizacji.
A przy tym nie mamy, jako naród, wpojonego zmysłu estetycznego. Zawsze było najważniejsze przetrwanie przecież.
Czekać?

Początek:


Koniec:

Wyd. Czarne Wołowiec 2013, 246 str.
Z własnej półki
Przeczytałam 14 stycznia 2018 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Przyszły te dwie ostatnie paczki z Pragi.
Poukładałam, poustawiałam. Szlus.



Żeby poukładać, poustawiać - musiałam z kolei wyjąć na podłogę pewne duże formaty krakowskie.
I tak oto - symbolicznie - jedna miłość ustępuje miejsca drugiej.
Nie nie, oczywiście Kraków zostaje (tylko trzeba wykombinować, co innego wyrzucić, żeby zrobić miejsce), ale niewątpliwie na plan pierwszy wysuwa się Praga.

Spisałam te czeskie książki, bo w końcu maj niedaleko, pojadę, na pewno coś tam jeszcze kupię, no a już nie rejestruję wszystkiego w pamięci.
I wyszły liczby.
Sto trzydzieści trzy publikacje o Pradze, trzydzieści osiem z literatury pięknej i trzy z filmu.
Mówię tu oczywiście o książkach PO CZESKU.
Weźcie i spróbujcie mi wmówić, że ja to kiedyś WSZYSTKO przeczytam!
No, ale starać się trzeba, więc jak skończę ruską, co teraz międlę, mam już upatrzoną superpraską pozycję. Co tam się będę ograniczać do jednej w miesiącu!

środa, 17 stycznia 2018

Andrzej Kozioł - Na krakowskich ulicach

No to tak.
Mam taki już burdel w książkach (o głowie nie wspominając), że NIC nie wiem. Tak się właśnie zastanawiałam, ile i jakie jeszcze książki tego autora (zauważcie, jak sprytnie omijam odmianę nazwiska!) posiadam i nie doszłam do żadnych konkretnych wniosków, bo przecież pogubiłam się w tym, gdzie co stoi.
Red. Kozioł zasługiwałby na to, by wszystkie jego książki postawić koło siebie, w jednym miejscu, niechby się dumnie prezentowały.
No ale nie ma bata.
Gdybym tak tylko ruszyła i zaczęła przestawki, nie pozbierałabym się do końca świata.
W ramach postanowień noworocznych (człowiek stary, a ciągle głupi) obiecywałam sobie, że teraz to już będę na bieżąco (oraz uzupełniać zaległe) zapisywać w książce, kiedy kupiona i kiedy przeczytana, co dawniej tak pilnie robiłam. W związku z tym przeczytane od początku roku książki leżą na biurku zamiast wrócić na swoje miejsce, bo - dziwne, nie? - ni mo casu.


"Na krakowskich ulicach" nie powaliło mnie na kolana (więc nie będę musiała wstawać), ale lojalnie mówię - tylko dlatego, że za dużo już tych cracovianów mam na koncie. To taka bardziej powtórka z rozrywki, a tytuł mógłby mylić, bo nie chodzi o opis jakichś tam ulic w Krakowie, ale to jedynie pretekst do snucia opowieści o tym, co się kiedy działo na niekoniecznie konkretnych ulicach, na przykład jest rozdział o furmankach i innych tam platonach (małą literą) albo o kolejkach w sklepach (na ulicy się przecież mogły zaczynać), o dziwakach i oryginałach, o tramwajach...

Ba! Odkryłam (czyli coś mi jednak lektura dała!), dlaczego pewna przewodniczka z Krakowa, która organizuje spacery detektywistyczne dla dzieciaków, fantastyczna sprawa, jedną z tych wycieczek zatytułowała "Na tropie Elektrycznej Dziewczyny" czy jakoś tak.
Otóż gdy wybuchła I wojna, tramwajowi konduktorzy ruszyli na front, a zastępowały ich kobiety. Te wyskakiwały z tramwaju jadącego na Salwator przed pętlą, żeby napić się "wzbogaconej herbaty"w knajpce nazwanej na ich cześć "Pod Elektryczną Dziewczyną".
Właściwie chodzi mi po głowie, że ja gdzieś kiedyś już o tym czytałam, no ale zapomniałam, jak zwykle.

Książka się zaleca czytelnikowi solidną bibliografią. No, nie ma co ukrywać, dużo z tego mam, ale właściwie... doprasza się o ponowną lekturę :)
A czego nie mam?
Turek Roman - Moja mama, ja i reszta, 1963
Szpil Zbigniew - Dobra pamięć, 2007 (ale nie wiem, co to jest)

Początek:

Koniec:

Wyd. DOBRY WYBÓR Kraków 2017, 207 str.
Z własnej półki
Przeczytałam 13 stycznia 2018 roku



Tymczasem w drodze dwie ostatnie przesyłki z Pragi, jeszcze w grudniu nabyte. Już się zaczęłam niepokoić i pisałam maile do nadawców-sprzedawców, ale to poczta, nasza, polska... Czeska poczta na przykłąd 4 stycznia przekazała paczkę do kraju doręczenia, a WER warszawski zarejestrował ją... 15 stycznia. Normalne, nie?
Ale już tak nie przebieram nogami, już jestem dość usatysfakcjonowana stanem praskiego posiadania :)

czwartek, 11 stycznia 2018

Radek Biczak - Zielone wzgórza Ułan Bator

Chyba jednak trzeba przyjąć zasadę, że jak się chce przeczytać reportaż o pewnej wadze i wartości, trzeba się na niego wykosztować.
A jak się znajdzie w Taniej Jatce cosik za 8 zł, to nie ma co liczyć na cuda.
Nie żebym w czambuł potępiała wszystko, co tam sprzedają, nie.
Ale coś jest na rzeczy z tymi reportażami.
Inna sprawa, że teraz każdy, kto ruszył cztery litery w rejony mniej turystyczne musi potem spłodzić swoje arcydzieło.
Pisać każdy może - dziś to hasło jest bardziej aktualne niż kiedykolwiek.

Zresztą...
Pierwsza nie rzucę kamieniem, bo niedawno wpadłam na (a raczej podsunięto mi) pomysł, kolejny, na przetrwanie na emeryturze w wysokości 300 zł. Mianowicie będę pisać tzw. babskie powieści.
Zasadniczo nie mam o tym pojęcia nawet jako czytelnik, ale postanowiłam, że nie będę się zapoznawać z klasyką gatunku, żeby się broń Boże nie zasugerować (i plagiat gotowy, razem z procesem).
Ot, siądę i będę pisać.
Wyrobnica literatury.
Przecież dam radę?
Oczywiście pod pseudonimem, żeby nazwiska nie kalać :)

Tymczasem tylko konsumuję płody innych umysłów, a satysfakcja czasem jest, a częściej jej nie ma.
Taki pan Biczak. Awanturnik, jak piszą na okładce.
Czy to może dobrze wróżyć?



Jego rozmaite profesje budziły nadzieję, że z niejednego pieca chleb jadł i coś z siebie potrafi wykrzesać.
Tymczasem cóż wykrzesał?
Opisy libacji.
To już taka tradycja rosyjska i tak widać musi być.
Zza butelki wódki niewiele jednak widać.
Dalej opisy napraw środka lokomocji.
Fascynujące.
Następnie opisy zmagań z biurokracją, a także z rosyjskimi milicjantami.
To mogłoby się przydać, gdybym się tak wybrała jednak do Rosji. Ale raz, że się nie wybieram (przecież bym się bała), dwa, że o wymuszeniach łapówek przez milicjantów z drogówki to wiadomo choćby nawet z rosyjskich kryminałów (zdrastwujtie, Daria Doncowa), więc nihil novi.
Może dla odmmiany coś o jedzeniu?
Akurat nie, bo nasi podróżnicy żywili się konserwami i chińskimi zupkami zabranymi z Polski.
Zabytki nie, bo to reportaż, a nie przewodnik, zresztą panowie żadnych zabytków nie oglądali.
Za to autor zafundował mi opowieść o bitwie pod Kurskiem i strategicznych posunięciach z II wojny światowej.
Hm.
Bo to poszukiwacz skarbów jest.
Takich bardziej zardzewiałych.
Taka to była lektura.

Ale sama sobie jestem winna. Niech no tylko zobaczę Rosja, Azja - biere i kupuję.

Początek:

Koniec:

Wyd. VIDEOGRAF II Katowice 2010, 167 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 10 stycznia 2018 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Taka sprawa.
Któregoś pięknego popołudnia w pracy zgadało się o wydawaniu na książki i postanowiłam podliczyć to, co mi wyszło z banku od września na te prasko-czeskie szaleństwa.
Tylko i wyłącznie książkowe, rozumie się.

No i to jest... przesada.
Gruba taka dosyć.
Powiedziałam basta.
Definitywnie.

Co zapłacone już, to zapłacone, a dalej zapominam o istnieniu antykwariatów w Pradze na czas nieokreślony.

To tutaj poniżej są te zapłacone, przyjdą jeszcze dwie z grudnia i szlus.
W założonym tempie czytania jednej na miesiąc mam już na lat dziesięć rozrywkę zapewnioną :)
Pewnie, że nie wszystkie są faktycznie "do czytania" - niektóre do przeglądania, wyszukiwania informacji, ale nie żeby tak od deski do deski. Ale ostatnio troszkę literatury pięknej też nabyłam.
No i wiadomo, że z wyjazdów też coś przywlokę :)


sobota, 6 stycznia 2018

Karel Poláček - Bylo nás pět

Symbolicznie postanowiłam wkroczyć w Nowy Rok czeszczyzną...
/od tej symboliki to człowiek nie ucieknie/

Wybrałam (a mam już z czego wybierać) powieść dla dzieci/młodzieży, która mnie zachwyciła okładką na stronie Ulubionego Antykwariatu i tylko dlatego ją nabyłam :)


Myślałam, że ta lektura może potrwać i trzy tygodnie, ale poszło w tydzień, nie jest źle. Pewnie, że to łatwe, choćby i językowo. Na początku zajrzałam parę razy do słownika, ale szybko mi się znudziło i czytałam już bez pomocy. W wielu wypadkach wystarczyło pokombinować z kontekstu. Często też pomaga przeczytanie danego słowa na głos :)

Historia jest bardzo sympatyczna. Mały Petr Bajza jest synem małżeństwa sklepikarzy w małym miasteczku (to ponoć powrót autora do dzieciństwa w Rychnově nad Kněžnou). Jak to chłopak, ciągle wplątuje się w rozmaite awantury i doprawdy nie rozumie, dlaczego zawsze jest wszystko na niego :)


Interesująco pokazana rzeczywistość czeska w okresie międzywojennym na prowincji, stosunki, styl życia, hierarchia mieszkańców, no a przede wszystkim gry i zabawy dzieciaków w tym okresie. I opresyjna szkoła :)
Cudny passus z rozdziału o wizycie w Indiach, wyimaginowanej podczas szkarlatyny, opowiada o pałacu maharadży, do którego wiodą trzy podwórza. Pierwsze jest czerwone jak piątek, kiedy gra kołowrotek i maminka piecze buchty. Drugie jest niebieskie jak sobota, gdy po południu nie ma szkoły i można dokazywać, ile się chce. A trzecie podwórze jest złote jak niedziela, kiedy "wcale, ale to w ogóle nie ma żadnej szkoły i można wylegiwać się w łóżku i wycinać sobie pajace z papieru, a z piekarnika dobiega zapach pieczeni wieprzowej".

Zadumałam się przy tym, co jest lepsze - dzieciństwo czy dorosłość.
Nad dzieckiem zawsze wiszą te nieszczęsne lekcje do odrobienia, a dorosły przyjdzie z pracy i ma wolne aż do jutra :)
Inna sprawa, że tenże dorosły musi myśleć o tylu sprawach, a w domu i tak czeka go drugi etat... no ale to kwestia wyboru w gruncie rzeczy - przecież nie musimy sprzątać. Możemy, ale nie musimy :)
TYlko zapachu pieczeni wieprzowej w domu nie będzie.
Więc dylemat nie rozwiązany tak do końca.

Początek:
Koniec:

Wyd. Československý spisovatel Praha 1979, nakład 50 tys. egz., 219 stron
Z własnej półki (kupione 19 grudnia 2017 roku za 66 koron)
Przeczytałam 5 stycznia 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Przyszły trzy książki z Pragi, zagubione gdziesik od połowy grudnia. No ale są wreszcie.
Jako namiętna zwiedzaczka czy raczej spacerowiczka po cmentarzach musiałam mieć ten przewodnik :)
Drobničky z Prahy są takim małym rozczarowaniem po pierwszym przejrzeniu (tak to jest, jak się kupuje na ślepo), ale może w trakcie dokładniejszej lektury okaże się, że i tam znajdę coś ciekawego.
Natomiast Nový Svět na Hradčanech to chyba będzie następna lektura po czesku - wspomnienia mieszkańca tej urokliwej małej osady na tyłach Hradczan. Byłam tam raz na spacerze i pewnie po lekturze książki wrócę w maju :)
No ale za to się zabiorę w lutym, teraz muszę sobie zrobić mały odpoczynek od czeszczyzny.
Właśnie siedzę i myślę, co wziąć do czytania.
Wiecznie to samo, przed wyjazdem do domu - żeby nie było za grube i za ciężkie do torebki :)

niedziela, 31 grudnia 2017

Elżbieta Kowecka - W salonie i w kuchni

Zatrzymałam się ostatnio przed wystawą antykwariatu na Szpitalnej, tego, co był, ale już go nie ma (to znaczy jest, ale inny), gdzie byłam stałym gościem... nostalgia... a tam na wystawie piękne nowe wydanie "W salonie i w kuchni".
To wróciłam do domu, i zdjęłam z półki moje stare, mizerne, na paskudnym papierze i ze złym drukiem... ale co z tego, skoro książka taka wspaniała?
:)

Nie jestem do końca pewna, ale wydaje mi się, że nigdy jej nie przeczytałam w całości, tylko na wyrywki czasem.
No to wreszcie nadrobiłam zaległość.
I zachwyconam.
Ogólnie nie przepadam za tą całą literaturą dworkowo-kresową, jakoś mnie to nie kręci - może podświadomie zdaję sobie sprawę, że ja bym tam występowała może w roli służby? kto wie :)
Bo mam wrażenie, że większość osób zachwycających się tym gatunkiem uważa, że one by były właśnie takimi szlachciankami, dziedziczkami, paniami na włościach, co to niosą kaganek oświaty ciemnemu ludowi... i tak tęsknią za tym, co już nie wróci.
A ja zawsze widziałam raczej ciemne strony tego życia - a czytając rozdział o urządzeniu dworku/pałacu i o stanie higieny tylko się w tym utwierdziłam.
No i pewnie mnie w jakimś stopniu odrzuca ten triumfujący katolicyzm, to wstecznictwo tej klasy społecznej... właściwie to i dziś mamy to samo.

No ale nie w tym rzecz.
Rzecz mianowicie w tym, że Kowecka wykonała kawał porządnej roboty, przekopując archiwa, stare listy, pamiętniki i rachunki i wyszła piękna opowieść o XIX wieku.
Bo zapomniałam napisać na początku, że podtytuł książki brzmi OPOWIEŚĆ O KULTURZE MATERIALNEJ PAŁACÓW I DWORÓW POLSKICH W XIX WIEKU.

Początek:





Koniec:

Wyd. PIW Warszawa 1989, 273 strony
Z własnej półki (kupione 19 marca 1990 roku za 3.700 zł - cena okładkowa, w księgarni)
Przeczytałam 29 grudnia 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Po świętach dotarła jedna z paczek z Pragi, zaginionych w akcji. Na resztę czekam. Na przykład ostatnia informacja z poczty czeskiej była, że 15 grudnia przekazano moje trzy nowiuśkie koszuli do kraju doręczenia. I od tej pory głucha cisza.
Kraj doręczenia mówi, że nic nie wie. Nadawca radzi, żeby jeszcze poczekać.

A to - jak widać. Zaopatrzyłam się w Muzeum Miasta Pragi w kolejne trzy albumy, z serii, której jeden tom (o Żiżkowie) już przeczytałam, a drugi czeka.

środa, 27 grudnia 2017

Věra Adlová - Honička nad Prahou

Jako drugi autor występuje Miloslav Jágr, autor ilustracji.
A skąd się wzięli u mnie państwo Adlová i Jágr?
Zwyczajnie :) zamawiałam kolejne książki o Pradze i ta mi też wpadła w oko, tym bardziej że właśnie w Pradze toczy się akcja - no musiałam wziąć :)
Nazywa się to: doskonalimy się w czytaniu po czesku.

Co prawda słowo "doskonalimy" sugeruje, że ta umiejętność dosięgła już jakichś wyżyn, ale nie czepiajmy się szczegółów.
Ja wiem dobrze to, o czym spora część uczących się języka obcego nie ma pojęcia: że książki dla dzieci nie są najłatwiejszą lekturą. Tak sobie dużo ludzi myśli i potem wychodzi na tym, jak Zabłocki na mydle, żeby nie powiedzieć, że wręcz się zniechęca do czytania w oryginale.
Ale to przecież w miarę cienka książeczka, więc dałam jej radę, choć fakt - musiałam czytać ze słownikiem pod ręką. I słownik na tym źle wyszedł, niestety, bowiem w pewnym momencie wyślizgnął mi się z ręki po kołdrze, spadł na podłogę i... i kurdemol okładka z grzbietem nie stanowi już całości :(
Chwilę wcześniej był wart 120 zł, teraz już nic!
Więc w sumie książeczka wyszła drogo...

Ale do jej nabycia zachęciła mnie też oprawa graficzna, tak bardzo przypominająca mi własne książki z dzieciństwa, tego rodzaju właśnie, dla młodszych dzieci, dużego formatu, w twardej oprawie... żadna się nie zachowała, niestety, poszły wszystkie do młodszych kuzynów.
Więc sentymenta.
Historia taka: Ondra majstruje latawiec, a w międzyczasie dostaje od taty pluszowego tygrysa. Z latawcem udaje się na zawody, a tam wzbija się w górę razem z nim. I tak sobie polatują nad Pragą i zwiedzają, ale tymczasem za nimi rusza pościg. Onddra i latawiec mogą liczyć jednak na pomoc tygrysa...
Latawiec to drak, ocas to ogon, a spartak, którego nie było w słowniku, to chyba jakaś nazwa pojazdu. Tak mi wyszło z kontekstu, a teraz sprawdzam w internecie i faktycznie, taka była popularna nazwa Škody 440. No, tom się dokształciła z motoryzacji w bonusie :)

W ten to sposób przeczytałam siódmą pozycję po czesku w ciągu roku, co nie jest specjalnie wielkim osiągnięciem, ale będzie tylko lepiej :)
A jeszcze mam w odwodzie dwie dla starszych dzieci i słynną Babičkę, ale ta to już pewnie będzie wyższa szkoła jazdy, bo napisana przed 170 laty.

Początek:



Koniec:

Wyd. Státní nakladatelství dětské knihy, Praha 1962, nakład 25 tys. egz., 45 stron
Z własnej półki (nabyte w praskim anktykwariacie online 19 grudnia 2017 za 66 koron czyli ok. 11 zł)
Przeczytałam 23 grudnia 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Pod choinką nie mogło zabraknąć zestawu od brata. Zawsze zamawiam reportaże, ale jako że na nic nowego w kwestii Rosji czy Azji nie natrafiłam, skupiłam się tym razem na Polsce.

niedziela, 24 grudnia 2017

Aleksandra Marinina - Requiem

Dawno już po rosyjsku nie czytałam, a Marininy to całe wieki, jakoś, ze względu na rozrywkowość, preferuję Doncową.
A tu wzięłam to Requiem do ręki i okazało się całkiem całkiem.


Do tego stopnia, że już chciałam za następną się łapać... no ale nie przesadzajmy :)
Zmiana tutaj jest taka, że Kamieńska zmieniła pracę, już nie jest w milicji, ale zajmuje się swą ukochaną pracą analityczną. Jednak tęskni za atmosferą, za Kołobkiem, za kolegami...
Tak że w następnym tommie pewnie wróci na dawne miejsce.

Początek:

Koniec:

Wyd. EKSMO Moskwa 2006, 347 stron
Z własnej półki (kupione 16 stycznia 2009 roku za 12 zł)
Przeczytałam 22 grudnia 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Takie tam ;)


No i do po Świętach :)

piątek, 22 grudnia 2017

Hanna Krall - Na wschód od Arbatu

Wspaniała to rzecz.
Stara, ale co z tego.
Napisana tak, jakby dziś, a przecież w czasach, gdy reportaże ze Związku Radzieckiego należało pisać na kolanach.
Nie, może przesadziłam z tym "jak dziś"... inaczej: treści przemycone tak sprytnie, że widać cenzura nie pojęła.

Napisane prosto, a tak trafiające w sedno. Może bardziej odpowiednnie słowo to będzie - precyzyjnie.
Królowa.



Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, wyd. II, 134 strony
Seria: Biblioteka Literatury Faktu
Z własnej połki
Przeczytałam 14 grudnia 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Ten Havel to kompletny przypadek, byłam na Kleparzu w celach całkowicie odmiennych i zatrzymałam się przy kiosku z czasopismami, takimi ze zwrotów. A tu leży. Za 10 zł. Nie dość, że sztuka, to jeszcze film ;)
Innych z serii pan nie miał, i całe szczęście ;)

A tu znowu fejsbuk mnie napadł. Że Kalendarz Adwentowy, że codziennie inne pozycje po 10 zł przez tydzień, a wysyłka razem i to gratis. No musiałam.
Właściwie nie musiałam, no ale. Może kiedyś przeczytam.

A to, co poniżej, to już... słów brak.
Ale sprawa wygląda tak, że ja zbieram tę serię o praskich dzielnicach Praha X křížem krážem (co oznacza wzdłuż i wszerz), no i jak widzę w antykwariacie kolejny pojawiający się tom, to MUSZĘ.
A przy okazji zawsze się coś dobierze, prawda?
Niech się koszt przesyłki rozkłada ;)
Tak się dobierało, dobierało... i wyszły 22 sztuki. A właściwie 24, bo jedno - Pražské domy vyprávějí - 3-tomowe. Brałam to tak na ślepo, nie do końca wiedząc, co to jest. Okazało się, że raz - bardzo dobre, dwa - że, o zgrozo, tego wyszło już osiem tomów! A ja naiwna myślałam, że zaopatruję się w całość :)
Znaczy - teraz jeszcze poszukiwać i tego.
Sporządziłam sobie listę w kajeciku, co mam brać, jak tylko się pojawi w tym moim ukochanym antykwariacie, no i oczywiście to dorzuciłam, a lista zajmuje już całą stronę (drobnym maczkiem).
No to się nigdy nie skończy!

W tym megazakupie są nie tylko prażiana, ale i dwie książki dla dzieci (na podstawie jednej z nich powstał serial, więc zanim go obejrzę, fajnie będzie przeczytać pierwowzór literacki) i trochę beletrystyki. Trza się w końcu brać za bary z tym czeskim, bo czytanie tylko o Pradze nie jest jakieś skomplikowane.
Chodzę sobie od października na kurs i to jest fajne, bo jednak się człowiek rozwija. Jest nas czworo i modlę się, żeby nikt nie zrezygnował w kolejnym semestrze, no bo dla trojga to już chyba kursu nie uruchomią?
Pytałam koleżankę i kolegów (oczywiście ja tam jedyna taka stara jestem) o ich motywacje. Myślałam, że praca. A tu - bo lubią czeski i tyle :)