poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Andrzej Sulikowski - NIe całkiem zmyślone

Wypatrzyłam to kiedyś w antykwariacie na półce z cracovianami i wzięłam, trochę jakby z obowiązku :)
A tu nawet dziesięciu lat nie czekało. Wypatrywałam na półkach czegoś właśnie z Krakowem w tle, zdjęłam to, ale z myślą, że chyba nie dam rady - ta Santa Ecclesia na samym początku mnie przeraziła.
Ale skoro czytuję Tygodnik Powszechny (częściej kupuję niż czytam, niestety... kolejne numery się gromadzą, a czasu brak) to zobowiązuje :)


Minęło zaledwie dwa tygodnie od przeczytania książki, a ja już nie pamiętam. Nie pamiętam, co mi się w niej dokładnie spodobało, co zachwyciło, co nie podeszło.
Może to ostatnie akurat wiem - autor pisze wszak z określonych pozycji, będąc osobą wierzącą, nie tak zwyczajnie, jak wszyscy, co do kościoła w niedzielę idą i na tym koniec, ale osobą MYŚLĄCĄ nad swoją wiarą, walczącą z pokusami niewiary. O, może gdy pisał o szkolnych czasach, tym zwyczajowym okresie buntu przeciwko wszelkim dogmatom, był mi bliski. Choć cały czas rozumiałam, że to było coś przejściowego u niego, że on na łono wróci.
Co oczywiście każe myśleć, że ci, którzy nie wrócili (jak ja) - są niedojrzali. Że zabrakło u nich przemyślenia pewnych spraw, przewartościowania.
Ale tak - wiara, Kościół, to jedno. Zwykłe codzienne życie za komuny, to drugie.
To mnie najbardziej interesowało.
Dość ponury to obraz.
Ale malowany przez człowieka na poziomie intelektualnym niewątpliwie wyższym od sławetnych państwa Sienkiewiczów.
Zresztą, Sulikowski jest starszy ode mnie, więc więcej wówczas widział, rozumiał i przeżył. Dla mnie komuna to dzieciństwo, szkoła, studia. Czas, w którym o wszystkim myślą rodzice, nie zwykłe życie, w którym trzeba się borykać z wszelkimi przeciwnościami.
Chyba miałam szczęście...

Wracając do Sulikowskiego. Kilka sylwetek, nakreślonych w osobnych rozdziałach, zrobiło wrażenie. Poetyckich, w pewnym sensie.
Ciekawa byłam, kto to w ogóle jest (był?), ten Sulikowski. Ale dopiero teraz wrzuciłam nazwisko w internety. Literaturoznawca. Porzucił Kraków dla Szczecina. Porzucił KUL, porzucił Tygodnik Powszechny.
Dla mnie pozostanie autorem jednej książki.
Cieszę się jednak, że po nią sięgnęłam.
Nie było tak źle :)

Początek:
Koniec:


Wyd. PAX Warszawa 1989, 224 strony
Z własnej półki (kupione 10 września 2009 roku za 10 zł w antykwariacie)
Przeczytałam 2 kwietnia 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Zapomniałam o nich, a są z marca jeszcze.
Miałam chwilę czasu przed pracą i weszłam do Taniej Jatki, tak się to skończyło.

piątek, 30 marca 2018

Ryszard Ryza - Moje z Olkuszem brylantowe gody

Mój szef przywiózł to wydawnictwo z jakiejś wizyty w Olkuszu i położył mi na biurku. Przyglądam się i widzę nazwisko kuzynki, która mieszka właśnie w Olkuszu :)
Okazało się, że to napisał jej teść.
Więc zabrałam do domu i przeczytałam.
Trochę tak z ciekawości, do jakiej trafiła rodziny.

Autor tych wspomnień ma dziś 81 lat. Jest to wiek, w którym na pewno dokonuje się pewnego podsumowania swego życia. Jeśli ktoś uważał się zawsze za humanistę i miał pewien dryg do pisania, może nawet spróbować swych sił na polu literatury wspomnieniowej, o ile oczywiście ma (lub myśli, że ma) coś ciekawego do powiedzenia.
Niestety dla mnie nie było to interesujące, poza jednym aspektem, o którym za chwilę.
Bo też życie pana Ryzy nie obfitowało w jakieś nadzwyczajne wydarzenia, a nad sprawami rodzinnymi raczej się przemyka, skupiając się na pracy zawodowej i działalności społecznej, a przede wszystkim na życiu rodzinnego miasta, z którym ja przecież nie jestem związana.
No, raz się wybrałam na wycieczkę :)
Tak więc myślę, że ta publikacja może być ciekawa głównie dla rodziny, znajomych, sąsiadów, dawnych współpracowników autora, czy wreszcie ogólnie dla mieszkańców Olkusza, choć raczej tych starszych, którzy znajdą satysfakcję odnalezienia znajomych nazwisk.




A teraz o tym jedynym aspekcie, który mnie zainteresował.
Autor olkuskich wspomnień jest bardzo pobożnym człowiekiem.
Jednocześnie nieraz wypowiada się na temat prania mózgów, jakie uskuteczniali komuniści.
I taka myśl... że tak to już jest (i ja też nie jestem tej wady pozbawiona oczywiście), jak mówi powiedzenie - widzieć źdźbło w cudzym oku, nie widzieć belki we własnym.
Autor nie dostrzega, że sam został na tyle wcześnie poddany praniu mózgu ze strony Kościoła, że nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Cała różnica między KK a komunistami była taka, w tym przypadku, że KK był pierwszy w tym wyścigu, zakodowany niemal od kołyski, więc zwyciężył ;)

Z jednej strony zawsze starałam się szanować cudze wybory, choćbym ich za Chiny ludowe nie rozumiała. Chcesz klękać przed facetem w kiecce, a może nawet całować go w rękę - proszę bardzo.
Niestety tak się w naszym kraju porobiło, że zaczynam reagować alergicznie na czarną mafię, która chce sprawować rząd dusz nie nad swymi owieczkami (wolny wybór), ale nad wszystkimi, idąc rączka w rączkę z władzą. Jak to zresztą zawsze bywało.
Smuci mnie to, bo wolałam tak, jak było dawniej - że mnie ten temat po prostu nie interesował. Żyj i pozwól żyć.
Ale właśnie nie pozwalają :(

Uprzedzę od razu zarzuty - nie mówię w tej chwili o wierze w tego czy innego Boga - mówię o instytucji. Która z wiarą ma niewiele wspólnego.

Początek:

Koniec:

Wyd. PTTK Olkusz 2012, 87 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 27 marca 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Wytrzymałam bez ulubionego praskiego antykwariatu miesiąc ;)
Leżą tu koło mnie dwa stosy i czeka mnie dzisiaj jeszcze zadanie upchania ich gdzieś :)
I oby znów choć miesiąc wytrzymać!



Kończy się miesiąc i kończy się rok, jak odeszła mama...
Ból, ten bezpośredni, mija, łzy jednak zostają.
I wyrzuty sumienia, których czas nie ukoi, bo nic już się naprawić nie da.



Mimo to:

niedziela, 25 marca 2018

Jaroslav Hašek - Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války

Zabrałam się za Szwejka po czesku z czystej ciekawości, jak mi będzie szło. I z myślą, że marnie :) że na to za wcześnie.
I powiem tak - gdybym nigdy Szwejka nie czytała po polsku, to może rzeczywiście byłoby za trudne. Ale poszło gładziutko, ba! nie mogłam się oderwać :)
Kilka razy zajrzałam do polskiego tłumaczenia, chcąc zobaczyć, jakie polskie słówko dokładnie odpowiadało czeskiemu, ale to były wyjątki.
Z internetu odniosłam wrażenie, że Szwejk nie jest popularny wśród młodszego pokolenia. Osoby, które czeskiego się uczą - i to na wyższym od mojego poziomie - mówią o nim per 'cegła' i ogólnie nawet boją się zabrać za lekturę.
Ech, co za zdziczenie obyczajów :)

Sądzę, że do ułatwienia lektury i większej motywacji przyczyniła się spora czcionka i duża ilość ilustracji - szybciej przewracałam kartki i miałam wrażenie, że idzie błyskawicznie :)
Ilustracje oczywiście Josefa Lady, przyjaciela Haška. Na to zwracałam uwagę przy wyborze egzemplarza do kupna.

I teraz co? Musze uważać, żeby się za bardzo nie rozpędzać z poziomem czeskich lektur, bo jeszcze może mnie rozczarować moja nikła znajomośc języka :) A ja tu sobie będę myśleć, że ho ho i bógwico :) Tymczasem to tylko dobra znajomość tłumaczenia...
A' propos tłumaczenia, a raczej wydania. W polskiej wersji byłam przyzwyczajona do tego, że wszelkie dialogi po niemiecku były tłumaczone na dole strony. Tymczasem w czeskim wydaniu tego nie ma. Oczywiście znalazłam wytłumaczenie na własny użytek - że Czesi byli przez tyle lat pod wpływami niemieckimi, że tłumaczenia nie potrzebują :)
Ja w każdym razie i tak wszystko pamiętałam. Ich melde gehorsam to już w podstawówce znałam na równi z Hände hoch i alles kaputt z "Klossa" :)



Początek:
Koniec:

Wyd. Československý spisovatel Praha 1983, I tom - 507 stron, II tom - 364 strony
Z własnej półki (kupione 9 listopada 2017 roku za 144 korony)
Przeczytałam 20 marca 2018 roku (od 3 marca, ale trzeba wziąć pod uwagę, że było to w czasie, gdy gościł u mnie Ojczasty i po pierwze sporo stałam przy garach, gotując dwa obiady, a po drugie, miałam złe warunki do czytania, lampka umocowana zbyt nisko przy dmuchanym materacu... no, jednym słowem, rąbek u spódnicy nieco przeszkadzał).

sobota, 17 marca 2018

Piotr Milewski - Dzienniki japońskie

Wlokły się te "Dzienniki", wlokły, a tu przyjechał Ojczasty i raz dwa skończyłam :)
Bo to jest tak - nie oglądam wtedy filmów, bowiem na moim łóżku, nad którym jest projektor, urzęduje właśnie on. Więc więcej czasu. Inna sprawa, że podwójne gotowanie (moja dieta) zabiera też swoje godziny... No ale jakoś w sobotni słoneczny poranek i południe, gdy miałam rzadką okazję poczytać przy dziennym świetle (bo sobie rozłożyłam materac dmuchany koło okna), poszło.
Przy czym książki chwalić nie będę.
Była nudna i tyle.
Widzicie, co na okładce napisano?

To filozofowanie właśnie było najgorsze ;)
Druga sprawa: nie zrozumiałam, dlaczego ktoś udaje się na koniec świata (no, prawie) bez pieniędzy? Przecież takie podróżowanie z pustą kieszenią, gdy liczy się każdy grosz i żal wydać ostatnie pieniądze na bilet wstępu do zabytku, jest... dziwne.
Autor zazwyczaj spał pod chmurką, na ławkach w parkach etc., chyba że po drodze (autostop) spotkał kogoś, kto zaoferował mu nocleg.
Pewnie że takie spotkania mają swój urok i poznaje się codzienne życie od nieco innej, mniej oficjalnej strony, ale gdy po raz kolejny czytałam, że ktoś, kto go podwoził, postawił mu też obiad, to jakoś przykro mi się robiło... wiecie, tak patriotycznie, że Polak pokazuje się w świecie jako nędzarz.
To głupie, wiem :)
Ale nie do przezwyciężenia.
Narodowe kompleksy :)

Z drugiej strony przecież to młody człowiek, student - tacy podróżują po całym świecie bez grosza przy duszy.
Tylko dziewczynom, jak ja, może być żal, bo one raczej nie mogą sobie na to pozwolić, strach.
Natomiast dało mi do myślenia co innego.
Sama sobie, nie pierwszy raz, obiecuję, że za następnym pobytem w Pradze będę tak robić - wychodzić z domu (znaczy z hotelu) gdzie oczy poniosą, bez żadnego planu, skręcając w boczną uliczkę za kotem etc., rozumiecie, o co mi chodzi. Robić małe odkrycia. Przyglądać się ludziom i miejscom.
I nawet tak dwa razy zrobiłam.
DWA RAZY - na 37 dni w sumie. Właściwie należy liczyć dni razy dwa, no bo każdy dzieli się na rajzę poranną i popołudniową. Czyli 2x na 74 możliwości.
Nie jest to powalające :)
Mówię sobie, że najpierw muszę poznać miejsca, o których czytałam (a jest ich przecież mnóstwo), a potem dopiero chodzić za nosem. Ale w ten sposób nigdy się to nie skończy :)
Cieszyć się czy martwić?

Wracając do Milewskiego. Jak widać na okładce, autora zachwalają jako bestsellerowego. Ja tę "Transsyberyjską" mam... i mimo nie najlepszych doświadczeń z Japonią (ziewanie) spróbuję przeczytać. Ale tylko i wyłącznie ze względu na Rosję, oczywiście.

Jeszcze mi się przypomniało, co mnie wkurzało :)
Autor co i rusz pisał, że ze zdumienia przetarł oczy. Nosz ludzie! Widzieliście kiedykolwiek, żeby ktoś zdziwiony PRZECIERAŁ OCZY???

Początek:
Koniec:

Wyd. ZNAK Kraków 2015, 379 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 3 marca 2018 roku

niedziela, 25 lutego 2018

Vratislav Ebr, Ivan Svatoš - Všechny krásy Prahy

Ivana Svatoša znam z fejsbuka :) Prowadzi on tam swój profil, gdzie pokazuje przecudne, romantyczne takie obrazki starej Pragi. Bardzo charakterystyczne.
Nawet raz, gdy pokazał wymalowane dawno temu przez siebie drzwi - z widokami Pragi - zaprosiłam go, żeby i w Krakowie takie drzwi wymalował (w domyśle u mnie w domu) - ale tylko się uśmiał :)
No to jak zobaczyłam jego książeczkę przy okazji innych zakupów w antykwariacie, jasne, że musiałam wziąć, tym bardziej, że cena była okazyjna (88 koron w stosunku do ceny wyjściowej 295 koron), a rzecz w idealnym stanie.


Wybieram sobie do czytania po czesku teksty krótsze. Po gigantycznym wysiłku, jakim było przeczytanie grubaśnej knigi o Małej Stranie, na razie nie porywam się na podobne ;)
Mam już z czego wybierać, a tymczasem znowu wlazłam na ich (antykwariatu) stronę i nabyłam piętnaście sztuk :) ale - ciekawa sprawa - coraz mniej płacę za przesyłkę. Z czego wniosek, że jak znów znajdę coś, czego szukam, to w sumie nie muszę dokupywać całej półki, żeby koszt przesyłki się zrównoważył :)



Autorów dzisiejszej książeczki jest dwóch: Ebr to księgarz z powołania, a przy tym radiowiec. Zaś Ivan Svatoš to już wiadomo. Ten drugi namalował obrazki, a pierwszy je zilustrował swoimi tekstami. Nie są to opisy zabytków. To wspomnienia, refleksje związane częściej z ludźmi, którzy w danej okolicy mieszkali albo pracowali.
Albo z książkami, których akcja często gęsto toczyła się w odmalowanych przez Svatoša miejscach.
Bardzo mi sie te teksty podobały.
I poczucie humoru autora.
Na przykład pisze, że spotkał się raz z Janem Werichem, w winiarni U Golema. Miał z nim taką rozmowę:
- Dobry wieczór.
- Dobry - odpowiedział Werich uprzejmie. No i teraz myśli sobie Ebr, czyby nie napisać książki Moje pamiętniki albo Rozmowy z Janem Werichem :)
I dowcipnie i prześmieszki z tych wszechobecnych teraz publikacji.
Ale - bo jeszcze trzeba wiedzieć, kto to był Werich, taki legendarny czeski aktor i pisarz. Nawet mam książeczkę o nim :)
No, to się pochwaliłam, jaka jestem mądra i posiadająca. Ale bo też to mi daje dużą satysfakcję, że tak - nie studiując żadnych bohemistyk - powoli się w tę czeską kulturę wdrażam :)
No.

O, tu niżej Nový Svět. Dopiero co o nim pisałam na praskiej odnodze bloga :)

A teraz dalej.
Seifert.
W drodze jest do mnie jego zbiór wierszy o Pradze.
Po czesku to widać gotowam i wiersze czytać :)



Trzeba oczu artysty, by dziś dostrzegać taką Pragę...
Albo trzeba wstawać o świcie, gdy hordy turystów jeszcze nie zalały ulic :)
/oczywiście JA się do turystów nie zaliczam :) klasyka/



Svatoš ma swoją letnią minigalerię, ale gdzieś w Czechach, poza Pragą, niestety. Może kiedyś uda się go upolować w Pradze. Bywanie tylko dwa razy w roku ma sporo minusów, rozmaite wydarzenia niestety mi przepadają.
Magiczne praskie obrazki można kupić - miniatury za 7500 CZK (1250 zł), potem już ceny idą w dziesiątki tysięcy.

A teraz oznajmiam, co następuje - lenię się w czytaniu.
Zaczęłam zaraz po Svatošu reportaż z Japonii i coś mi nie idzie.
Raz, że nudnie facet pisze, dwa, że intensywniejszy czas ostatnio. A tu w przyszłym tygodniu przyjeżdża Ojczasty, znów się zacznie gotowanie na dwie fajerki... tyle, że filmów nie będę oglądać (projektor jest nad moim łóżkiem, a ja mu je odstępuję, gdy jest u nas) - więc może coś tam doczytam... ale już nie w lutym chyba.

Wyd. Svatošovo nakladatelství, Praga 2000, 79 stron
Z własnej półki (kupione online w antykwariacie praskim 19 grudnia 2017 roku za 88 koron czyli ok. 14,50 zł)
Przeczytałam 11 lutego 2018 roku

czwartek, 22 lutego 2018

Tadeusz Matoń - Krakowskie okruchy

I znów spotkała mnie przyjemność - przyjemność uroczej lektury.
Drobiazg taki, cienka książeczka, krótkie opowiastki, takie akurat na jedną stronę, często nawet mniej.
Nigdy nie słyszałam ani o książce ani o autorze, dopiero fejsbukowa znajoma o niej wspomniała. A potem znalazłam ją na allegro i okazało się, że to ona właśnie ją sprzedaje (miała dwa egzemplarze). A wielbiciele tej publikacji założyli nawet profil na FB :)
Książka mi się trafiła z autografem, przy okazji wywołując pewną refleksję - bo zbieraczem autografów nigdy nie byłam i wypada się wreszcie zastanowić, czy fakt własnoręcznego podpisu autora zmienia coś w podejściu do książki. Czy wydaje się ona cenniejsza, wartościowsza?
Bo jedna sprawa to dedykacja autora, taka bardziej osobista, jeśli znajomość z tymże autorem osobistą jest; a druga sprawa to podpis jedynie, maszynowo złożony gdzieś na Dniach Książki kiedyś, a na Targach Książki dziś. No, czy tam na spotkaniu autorskim.
W Matrasie w Rynku, pamiętam, mieli osobne stoisko z książkami już podpisanymi. Jakoś nigdy nie skorzystałam.

Może to tylko wartość wspomnienia o tym dniu, tej chwili, gdy zetknęliśmy się z autorem twarzą w twarz?
Ale dla mnie takie spotkania nie są niczym atrakcyjnym. Pamiętam, jak lata temu znajoma ekscytowała się faktem, że siedziała na przyjęciu obok Adriena Brody'ego. Nie mogłam pojąć, co w tym takiego fantastycznego :) że wymienili uwagi o stopniu wysmażenia polędwicy? Nawet nie, bo jej angielszczyzna na to nie pozwalała. Że jej podał półmisek może? Co z tego wynikało tak ubogacającego?
Zawsze była snobka i tyle :)

Bo inaczej jest, gdy wyniknie jakaś interesująca rozmowa.
No ale co ja bym miała interesującego do powiedzenia jakiemuś pisarzowi?

Dobra, wracajmy do brzegu, jak mawia pewna blogerka i mnie tym zwrotem zaraziła.


Czym są "Krakowskie okruchy"? Dokładnie tym, co zapowiada tytuł.
Ułamkami pamięci, chwilami utrwalonymi w wierszu, krótkim tekście, rysunku wreszcie.
Wspomnnieniem czasu, gdy szkoły nie były jeszcze koedukacyjne, a dziewczęta kryły w sobie Tajemnicę. Gdy na Zielone Świątki płynęło się statkiem na Bielany. Gdy Emaus był jeszcze autentyczny. Gdy na Rękawce wspinano się po namydlonym słupie po pęto kiełbasy. Gdy na środku Kleparza zielenił się skwerek. Gdy ojciec znajomej autora ruszał na polowanie na kuropatwy albo zające - zaraz za kościołem Misjonarzy, gdzie zaczynały się łąki ogromne aż do Bronowic.
W czasach, gdy matki i ojcowie znajdowali czas i ochotę, by rozmawiać z dziećmi.





Początek:
Koniec:

Wyd. Oficyna Wydawnicza OSTOJA, Kraków 1995, 93 str.
Z własnej półki
Przeczytałam 9 lutego 2018 roku

poniedziałek, 12 lutego 2018

Eustachy Czekalski - W cieniu zamkowego zegara


Przeprzeurocza rzecz.
Wspomnienia autora z dzieciństwa w zaborowej jeszcze Warszawie.
Już to czytałam z dziesięć lat temu może, ale co to dla mnie - nic przecież nie pamiętam.
O autorze znalazłam tylko, że był dziennikarzem w okresie międzywojennym. Napisał też powieść o Wieniawskim. Tematyka warszawska była obecna w innych jego utworach, ale to wszystko wydania sprzed wojny, więc (dla mnie) niedostępne.

Mały Staszek z rodzicami, kucharką i Jagusią, służącą do wszystkiego - mieszkali przy Rynku na Starym Mieście. Ojciec był rzemieślnikiem, współwłaścicielem garbarni, matka - wiadomo, zajmowała się domem. Ale dla małego chłopca obok rodziców to właśnie Jagusia, młoda dziewczyna, była najważniejsza. Ona "pomagała" mu zjeść śniadanie (odgryzając połowę parówki), z nią szedł na zakupy i mógł wszystkiemu dobrze się przyjrzeć i o wszystko zapytać, z nią jeździł do cyrku czy na karuzelę, ona wreszcie namawiała go do niektórych psot i psikusów :)

Są lata 90-te XIX wieku. Staszek opisuje, jak wyglądało mieszczańskie mieszkanie w kamienicy, jakie były wokoło sklepy, jak się żyło na co dzień i od święta. Jaka to była radosć dla dzieciaków, gdy na podwórku pojawiał się szlifierz. Jaki strach, gdy pierwszy raz szło się do ochronki, a potem do gimnazjum.
Kuriozalny obraz zrusyfikowanej szkoły. Wspomnienie nauczycieli, którzy byli... różni, a najgorszy chyba był nauczyciel - polskiego.
Szkoła pływania braci Kozłowskich nad Wisłą.
Oglądanie medium.
Niedzielne obiady celebrowane jak nabożeństwo.
Korepetytor Kwiczoła, człowiek wielu fachów.
I oto Jagusia wychodzi za mąż.
Kończy się pewien etap w życiu Staszka...



Za następne dziesięć lat znów przeczytam :)
Odkurzam książki, przyglądam im się uważnie - może by coś wydać, czegoś się pozbyć, zrobić trochę miejsca?
W cieniu zamkowego zegara na pewno zostanie!


Początek:

Koniec:

Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1956, 216 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 5 lutego 2018 roku

środa, 7 lutego 2018

Zdzisław Antolski - Moje Kielce literackie


Lektura wspomnień poety Zdzisława Antolskiego z jego czasów studenckich i późniejszych to, ściśle rzecz biorąc, nie jest powrót do mojej młodości, bo przypadła ona na lata nieco późniejsze (ale tylko nieco), no i z Kielcami miałam do czynienia w ograniczonym zakresie - jeździło się tam z mamą co jakiś czas na zakupy (głównie ubraniowe, wstępowało się do Mody Polskiej na głównej ulicy, ale tylko rzucić okiem, to nie było na naszą kieszeń), a z kolei do nas, do Domu Kultury, przyjeżdżał kielecki teatr na objazdowe przedstawienia. Mam takie niejasne uczucie/wspomnienie/zarys wspomnienia, że oprócz propagandówek grali u nas O'Neilla czy Millera i od tamtej pory mam sentyment do dramaturgii amerykańskiej ciemnej, dusznej i ponurej ;)
Pamiętam jeszcze jednego aktora charakterystycznego, wiem, że już nie żyje, bo się gdzieś natknęłam na informację na ten temat, ale w tej chwili za nic nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Kuszela, Kusztel?
Na Kadzielni to chyba byliśmy ze szkołą.

Potem, pod koniec liceum i już będąc na studiach, zdarzało mi się przyjeżdżać do Kielc do antykwariatu. Czy to możliwe, żeby znajdował się on przy pl. Partyzantów, gdzie była też Księgarnia Radziecka?
A z wyjazdów z mamą pamiętam, że zawsze, ale to zawsze musiałyśmy zahaczyć o piekarnię, gdzie kupowało się wspaniałe obwarzanki do zabrania do domu na kolację z mlekiem, takich już nigdy później nie jadłam. Przy uliczce pnącej się w górę, w prawo od Sienkiewicza idąc od stacji, tak jakby w kierunku katedry?

O, a skoro już przy tym jestem, to przecież jeszcze Muzeum w dawnym pałacu biskupim, Pankiewicz, co tam jeszcze? Tam byłam w niedawnych czasach nawet, chyba przy takiej okazji, że przywlokłam do Kielc Psiapsiółę z Daleka. I chyba gdzieś w domu są jeszcze folderki wówczas nabyte.
A szkoły, którą ukończył Antolski, a wiele lat przed nim sam Żeromski - nie pamiętam.
Obliczyłam, że dzieli nas z autorem dekada. On zaczynał studia w 1971, ja w 1981. Całkiem inne doświadczenia.


Znakomitej większości postaci przywoływanych na kartach książki nie znam. No bo cóż - znam niszowych literatów krakowskich, tak się potoczyło moje życie... Gdyby wybrany przez mnie kierunek studiów istniał w Kielcach, to kto wie, jak by to było :) Oczywiście nie mówię tu o znajomości osobistej, w odróżnieniu od Antolskiego, który w tym środowisku funkcjonował, choć określa się mianem samotnika, który tylko przy specjalnych okazjach wynurzał się ze swojej jamy/samotni. Zresztą... i samego autora bym nie znała, gdyby nie zetknięcie internetowe ;) blogi i FB potęgą, bo tak zatacza się kolejny krąg - "dzięki" mnie, na przykład, poznał twórczość Antolskiego mój krakowski znajomy (i zachwycił się nią), a dzięki niemu może ktoś następny...

A' propos jeszcze antykwariatu - autor wspomina o takowym, największym w Kielcach, którego właścicielem był Andrzej Metzger. Może to ten właśnie, w którym bywałam i niejedną książkę przywlokłam, ukrywając ją przed mamą albo wmawiając jej, że potrzebna do nauki ;)

Dużo miejsca we wspomnieniach poświęcone jest sylwetce animatora kultury (tak go po dzisiejszemu nazwijmy), Ryszarda Miernika. I znów kłania się mama, ona by pewnie wiedziała - czy to istotnie była nasza rodzina. Babcia była z domu Miernikówna, a z rodziną Mierników z Suchedniowa (skąd i Ryszard pochodził) mama ciągle utrzymywała stosunki, wymiana kartek świątecznych, telefony. Ja sama dzwoniłam tam, by zawiadomić o pogrzebie. Może jeszcze zadzwonię i dopytam...

Początek:

Koniec:

Wyd. Autor z pomocą finansową Urzędu Marszałkowskiego Województwa Świętokrzyskiego, Kielce 2016, 224 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 1 lutego 2018 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Się podłamałam, gdy na stronie Ulubionego Praskiego Antykwariatu zobaczyłam książeczkę z serii przechadzek po Pradze, którą zbieram (w założeniu, bo miałam do tej pory tylko jedną pozycję)... no i kupiłam. W końcu co, ostatni raz płaciłam za czeskie książki w grudniu, to po takiej przerwie mogę sobie pozwolić na jeden mały zakupik, prawda? No, wiadomo, że nie będę płacić za przesyłkę jednej książki, więc ;)
Ale skromnie, siedem sztuk. Przyszły błyskawicznie (ja już z nimi obcykana jestem, a oni ze mną), przywlokłam je w czoraj z pracy do domu i nawet nie zdążyłam się w nich rozpatrzeć. Zajrzałam do tej największej, albumowej, o powodzi 2002 roku - i tu się nieco rozczarowałam, bo, aczkolwiek była w dziale PRAGENSIE, to jest to fotograficzna relacja z powodzi w całych Czechach, więc o samej Pradze traktuje gdzieś jedna czwarta tylko. W dodatku zdjęcia są marne, jakby z ORWO.
A te dwie książeczki z boku to taka perełeczka, opowiadania Ignata Herrmanna, wydane w 1904 roku, możliwe, że nie wznawiane, ale pewna nie jestem. Gdy to trzymam w ręce i przeglądam, mam wrażenie obcowania z modlitewnikiem :) Mają piękną secesyjną wyklejkę - zostały wtórnie oprawione. I to wszystko za 5 zł :)

niedziela, 28 stycznia 2018

Jan Blesík - Nový Svět na Hradčanech

W sierpniu, gdy ostatni raz byłam w Pradze, dopiero były zapowiedzi, że ta książka wyjdzie. No to potem kupowałam online na ślepo, nie mogąc przejrzeć i powąchać. A czekać do maja nie chciałam, wiadomo :)
Opierałam się na informacji internetowej, że to praca mieszkańca tej cudownej uliczki na tyłach Hradczan - dodajmy, że był on mieszkańcem przez 25 lat.
No to sobie wykoncypowałam, że będą to cudowne wspomnienia, opowieści o domach i ludziach.
I wybuliłam.
Tymczasem cóż się okazuje - że po pierwsze autor, dawno już nieżyjący, zamierzył stworzyć monografię ulicy na podstawie badań archiwalnych... a po drugie, na stronie wydawnictwa widzę, że książka jest do nabycia za 199 koron.
Podczas gdy ja za nią zapłaciłam, uwaga, 296 koron.
O przesyłce za 250 koron (która rozkłada się jednakże na trzy pozycje) nie wspomnę.
Nosz!!!
Festina lente na drugi raz, babo!


Czytam, czytam... i nudzę się, mimo całego zaangażowania w Pragę. No bo gość wylicza, co tam w starych szpargałach wynalazł.
Najpierw daje ogólną historię Hradczan.
No dobrze.
Potem przechodzi do historycznego omówienia okolic.
Dobrze.
A potem zabiera się za wyliczankę.
Josef Pikart kupił dom 17.10.1765 roku. Zbierał obrazy starych mistrzów... i dawaj, wymienia te obrazy. Autor, tytuł - 25 linijek.
No rany boskie!
Ale to jeszcze nic, bo potem sprzedał dom temu a temu tego dnia a tego za tyle a tyle, a tamten z kolei odsprzedał go rok później za tyle. Następnie dom przeszedł w ręce...

Oj, bo mnie boli. Brzuch.
Mnie chodziło o historyjki przeca!
A tych jak na lekarstwo.

Dojechałam tak do ostatniego domku i wtedy okazało się, że autor był księdzem, bo zamieszczono rozdział o nim. Co było już ciekawsze. No bo wiadomo, po 1948 do pierdla. I tak dalej. Potem, gdy odbębnił swoją dychę, był ogrodnikiem.
Życie sobie urozmaicał pisaniem prac historycznych i tak zabrał się za uliczkę, gdzie mieszkał.


Ta jego praca zachowała się w rękopisie, a nawet jeszcze inaczej - rękopis się nie zachował, ale jeden z sąsiadów miał odpis i tak powstała ta książka. Zdjęcia, którymi miał zamiar rzecz zilustrować, też zniknęły, więc użyto innych.
Te zdjęcia są właśnie - dla mnie - głównym walorem, przynajmniej te czarno-białe, stare. Niektóre zresztą już mi znane.
Oraz rozdział ostatni, napisany przez znanego mi już tropiciela małostrańskich i hradczańskich śladów, Dana Hrubý. Bo ten uzupełnił pracę o uroczo, jak to u niego, napisane właśnie wspomnienie ludzi, którzy tu mieszkali, po wojnie i w jeszcze nowszych czasach.
Ja na Nowym Świecie byłam w maju zeszłego roku, ale nie powłóczyłam się zbyt długo, bo była pora obiadowa i byłam głodna.
No a wiadomo, podróżnik ze mnie jak z koziej d... trąba, patrzę tylko na swoją wygodę. Więc uciekłam do tramwaju :)

Ta droga mnie tam przywiodła:
Zbieram sie do wyprodukowania posta na ten temat na praskim blogu, drżyjcie narody!

No a w tym roku pojadę o odpowiedniej porze i spędzę tam więcej czasu. Wytropię wszystkie smaczki. Zajdę na herbatę do miejscowej kawiarenki, może się uda z kimś pogadać, zadzierzgnąć więzy :)
/taaaa, kobito, marz sobie, marz/





Wyd. Pejdlova Rosička Praha 2017, 159 stron
Z własnej półki (kupione 2 stycznia 2018 roku za 296 koron)
Przeczytałam 28 stycznia 2018 roku